Mówią na mnie Marti – i chyba właśnie tak najłatwiej mnie poznać!
Nie noszę identyfikatora ani parasolki w dłoni – za to znam to miejsce jak ktoś, kto miał tu spędzić chwilę… a został na dłużej.
Wszystko zaczęło się od dalmatyńskiego odcinka Makłowicza, który odpaliłam w tle, jedząc pizzę w środku warszawskiej jesieni. (Nie planowałam wtedy zmieniać życia, serio! ;)) Chwilę później byłam już w Dubrowniku – i przepadłam.
Zaczęłam chodzić, rozmawiać, smakować, poznawać. Wsiąkłam w tempo tego miejsca, w ludzi, którzy przyjmują cię jak swojego, oraz w morskie zachody słońca, które koją jak nic innego.
Może to przez to graficzne oko i miłość do analogowych zdjęć… ale zawsze przyciągają mnie miejsca z duszą, światłem i lokalną historią.
I tak zostałam – nie tylko z wyboru, ale też z miłości.
Dziś mam tu rodzinę, trójkę półchorwackich dzieci i codzienność, która smakuje solą, oliwą i kawą (prawie zawsze zimną), wypitą gdzieś między codziennym chaosem a słońcem.
Podobno nic nie dzieje się bez powodu, więc chyba po prostu miałam być tu i teraz – i dzielić się tym kawałkiem świata tak, jak sama chciałabym go zobaczyć, gdybym trafiła tu pierwszy raz!
Jeśli coś w tym rytmie z Tobą rezonuje – odezwij się.
Może to właśnie dobry moment, żeby zaplanować coś swojego.